netka

Bękarty wojny, czyli Tarantino w najwyższej formie (Bliżej niż dalej do piątku, odc. 5)

“- Francja, czasy drugiej wojny światowej. Pochodząca z żydowskiej rodziny Shosanna Dreyfus (Mélanie Laurent) jest świadkiem egzekucji swoich najbliższych, dokonanej przez okrutnego Hansa Landę (Christoph Waltz). Jej samej udaje się ujść z życiem – przenosi się do Paryża, gdzie zmienia tożsamość i przejmuje małe kino”. To tylko początek historii, która mnie osobiście bawi od lat.

Powyższy opis został zaczerpnięty ze strony HBO GO. Film, którego dotyczy, “Bękarty wojny”, wylądował właśnie na tej platformie. Produkcja Quentina Tarantino ma już ładnych parę lat, ale nie mogę oprzeć się pokusie, by obejrzeć ją raz jeszcze. N-ty raz z rzędu.

To, że Tarantino ma swój własny, specyficzny styl, to truizm. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubi jego produkcje, ja jednak większością z nich pozostaję zauroczony. Czy  to legendarne Pulp Fiction, czy świetny Django, czy Kill Bill (no dobrze, tu jedynka przemawia do mnie znacznie bardziej niż część druga) – niezmiennie bawię się świetnie oglądając jego filmy. A Bękarty wojny to zdecydowanie jeden z moich faworytów, jeśli chodzi o dzieła słynnego reżysera.

Duża w tym zasługa Christopha Waltza, który kreacją niemieckiego oficera Hansa Landy zachwyca w zasadzie od pierwszej, przytoczonej na początku tego tekstu sceny. Aktor za tę rolę otrzymał Oskara. Podobnie Brad Pitt w roli porucznika Raine’a dowodzącego swoim budzącym grozę oddziałem świetnie wywiązał się z aktorskiego zadania. Bękarty wojny są bezlitosne, zdejmują skalpy z pokonanych wrogów i… rozśmieszają widzów. Choć zdaję sobie sprawę, że II wojna światowa może nie jest okresem w historii, który w pierwszej kolejności kojarzy się z komedią, to jednak jako tło dla czarnej komedii sprawdzają się idealnie. Scena, w której następuje przedstawienie jednego z Bękartów – Hugo Stiglitza, rozbraja mnie mnie za każdym razem. Podobnie jest z wprost niesamowitą konwersacją w barze czy rozmową “po włosku” odegraną między Pittem a Waltzem. Gdy obejrzycie, będziecie wiedzieć, o co chodzi. Ja urywki z tych scen znam już na pamięć.

W tym miejscu należy podkreślić (zwłaszcza, że nie każdy musi być z twórczością Tarantino obeznany), że to nie jest film dla wszystkich, choćby ze względu na jego brutalność. Są osoby, które zwyczajnie nie wytrzymają seansu. Myślę jednak, że znajdzie się wielu takich, którzy Bękartów wojny docenią. Jak informuje HBO GO, film został przez krytyków okrzyknięty „najbardziej zuchwałym filmem wojennym wszech czasów”. Moim zdaniem w pełni zasłużenie. Cóż, najwyższa pora kolejny raz zobaczyć, co też wydarzyło się w paryskim kinie w wizji ukazanej przez Tarantino. A jeśli dla kogoś takie kino jest za mocne, może zawsze odpalić sobie “Allo, allo”. Też świetne. Dobrego seansu i udanego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.