netka

Rozczarowani niekoniecznie rozczarowują (Bliżej niż dalej do piątku, odc. 2)

Chociaż mamy do czynienia z serialem animowanym, to oczywiście nie jest to propozycja dla dzieci, Rozczarowani proponują bowiem nieco doroślejszy humor. Z drugiej jednak strony daleko tutaj do żartów rodem z tak „niegrzecznych” i kontrowersyjnych seriali jak South Park czy Family Guy.

Twórcę serialu, Matta Groeninga, nieco bardziej zainteresowani tego rodzaju klimatami z pewnością skojarzą z kultowymi przecież Simpsonami i innym znanym dziełem, w którym maczał palce, czyli Futuramą. Na krótkie przyjrzenie się Rozczarowanym mamy z kolei bardzo dobry moment, bo niedawno na Netflix pojawił się trzeci sezon produkcji. Na początek należy zaznaczyć, że skupię się tutaj na całości serialu, nie tylko na najnowszych odcinkach przygód księżniczki Bean, demona Luciego i elfa… Elfo, jakżeby inaczej. Tak, dobrze się domyślacie, tym razem produkcja Groeninga rozgrywa się w realiach fantasy.

Powód dla skupienia się na całości jest prosty: Rozczarowanych można polecić z w miarę czystym sumieniem właśnie jako komplet dotychczas pokazanych odcinków. Moja osobista przygoda z serialem w skrócie zawiera się w trzech aktach:

1. Sezon pierwszy: zaintrygowanie,

2. Sezon drugi: rozczarowanie,

3. Sezon trzeci: danie Rozczarowanym kolejnej szansy.

Widać bowiem wyraźnie, że poszczególne przygody trojga sympatycznych bohaterów są nierówne. Dopiero znajomość ostatniego sezonu rzuca lepsze światło na wszystko, co do tej pory się ukazało. I ten efekt całości jest co najmniej przyjemny w odbiorze.

Fabuła Disenchantment wychodzi, jak to w takich baśniowych opowieściach bywa, od ślubu, a w zasadzie niedoszłego ślubu księżniczki Bean (Abbi Jacobson), córki nieokrzesanego króla Zöga, Bean jest typem dziewczyny, której jest bliższe raczej siłowanie się na rękę i pijaństwo w tawernach niż królewski protokół, a gdy jeszcze zaprzyjaźnia się z demonem i elfem, nie ma szans na spokojne życie w królewskich komnatach. Główni bohaterowie, a do nich dodajmy jeszcze ojczulka Bean i Odvala, członka królewskiego dworu, wzbudzają zainteresowanie i sprawiają, że jesteśmy ciekawi ich historii. Nie będę tutaj przytaczał szczegółów fabuły, dość powiedzieć, że kręci się ona wokół osobistych problemów postaci, starych przepowiedni, magii, ratowania królestwa, problemów rodzinnych, a z czasem i podróżowania, bo fabuła na szczęście niekiedy wychodzi poza królestwo Zöga. Generalnie to standard „średniowiecznego” fantasy, oczywiście podanego z przymrużeniem oka.

Humor, którego jest w produkcji sporo, nie jest może czymś kładącym widza na łopatki, ale serial miewa na tym polu swoje momenty. To, co jednak w oglądaniu Rozczarowanych sprawia mi największą przyjemność, to sama animacja, ogólny wygląd serialu (zwłaszcza jednej z krain, czyli świetnie zaprojektowanego, steampunkowego… Steamlandu) i muzyka. Na to po prostu przyjemnie się patrzy i dobrze się tego słucha, łącznie z motywem muzycznym z czołówki, który ciągle odbija mi się przyjemnym echem w głowie.

Rozczarowani to raczej prosta przygoda, w którą łatwo dać się wciągnąć, jeśli da się jej szansę. Problemem dla widza może być niekiedy ilość otwieranych wątków, które nie zawsze znajdują satysfakcjonujące rozwiązanie. Mimo to jest to idealna propozycja dla osób, które nie gardzą animacją i chcą odpocząć przy czymś lekkim, zajadając się jednocześnie chipsami. Ci, którzy doceniają takie elementy jak warstwa wizualna czy dźwiękowa opowieści, powinni być usatysfakcjonowani. Dodatkową zachętę niech stanowi fakt, że postaci króla Zöga głosu użycza John DiMaggio, a tego wielu z nas na pewno skojarzy z dubbingowaniem licznych animacji czy gier komputerowych.

Rozczarowani nie zmienią naszego spojrzenia na świat, nie będziemy o nich z pasją dyskutować w gronie znajomych, ale dobrze przy nich niezobowiązująco odpocząć w domowym zaciszu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.