netka

Nostalgia w sosie karate. Recenzja Cobra Kai (Bliżej niż dalej do piątku, odc. 1)

Niezorientowanym należy się wyjaśnienie, czym w ogóle jest Cobra Kai? Najprościej zacząć od pytania: Czy pamiętacie Karate Kid? Jeśli tak, to Cobra Kai jest po prostu serialową kontynuacją filmów pod tym tytułem. Jeśli jest się miłośnikiem filmowego klimatu lat 80′ (sam zdecydowanie do nich należę), to serial nie może się nie spodobać, nawet jeśli dzieje się we współczesych realiach. Jednak po kolei.

Niezaprzeczalnym atutem produkcji jest obsada. Nie dlatego, że gra aktorów to jakieś kinowe wyżyny (choć trudno też mieć wobec niej jakieś większe zarzuty). Siła Cobra Kai polega m. in. na tym, że spotkamy tu bohaterów znanych z filmów, których odgrywają ci sami aktorzy. To przede wszystkim Daniel LaRusso (w tej roli Ralph Macchio), który w młodości, w czasie pamiętnego turnieju karate, pokonał Johny’ego Lawrence’a. Dawni przeciwnicy to dziś dojrzali panowie, mający dzieci i… całkiem odmienne życie. Daniel ma szczęśliwą rodzinę i dobrze prosperującą firmę, z kolei Johny nie może mówić o sukcesach ani w życiu osobistym, ani w biznesie. Fabuła pierwszego sezonu szybko prowadzi nas do przywrócenia do życia dawnej szkoły karate, w której Johny za młodu ćwiczył pod okiem surowego Johna Kreese’a. Jak łatwo się domyślić, w tej sytuacji łatwo o odnowienie dawnych urazów między bohaterami.

W konflikt pośrednio wdają się m. in. dzieci Johny’ego i Daniela, a także ich szkolni koledzy, zainteresowani – z różnych powodów – nauką karatę. O fabule trzech wydanych do tej pory sezonów nie powiem nic więcej, trzeba jednak zauważyć, że to właśnie swego rodzaju chemia między różnymi bohaterami, także młodszymi karatekami, stanowi o sile serialu. Kolejne zwroty fabularne, sojusze, zdrady czy romanse między członkami zwaśnionych grup, choć często przewidywalne lub nawine, ogląda się z przyjemnością. W tym miejscu zaznaczmy, że Cobra Kai to nie jakieś wzniosłe dzieło, które zmieni czyjeś postrzeganie świata albo zmusi do głębokich przemyśleń. To czysta rozrywka: bardzo przyjemna, niekiedy, mimo wszystko, zaskakująca, którą docenią przede wszystkim osoby zaznajomione z filmami.

Cobra Kai to nie tylko solidna dawka nostalgii (zwłaszcza przy okazji wspomnień osoby pana Miyagiego, mistrza Daniela), ale także przyjemność oglądania zmagań tego młodszego pokolenia karateków, którzy zostali uwikłani w konflikt dorosłych. Na uwagę na pewno zasługują postaci takie jak Eli (Jacob Bertrand), Tory (Peyton List) czy Demetri (Gianni Decenzo). Chociaż ci bohaterowie nie grają w serialu pierwszych skrzypiec, to z pewnością wnoszą wiele do fabuły, a ich osobiste historie i przemiany są zwyczajnie interesujące. Oczywiście nie brakuje tutaj przerabianych już milion razy w serialach nastoletnich rozterek, poszukiwania własnej tożsamości, potrzeby akceptacji i całej “dramy”, która wypływa z ekranu, gdy zmieniają się czy ewoluują relacje między postaciami. Chociaż nie jestem fanem tego typu historii, ich obecność w Cobra Kai na pewno nie przeszkadza mi w czerpaniu przyjemności z oglądania.

Postacią, która rozkwita w najnowszym sezonie Cobra Kai, jest z pewnością wspomniany już John Kreese (Martin Kove). Możemy sporo dowiedzieć się o “tym złym”, a jego historia jest przedstawiona w przerysowany, a mimo to bardzo satysfakcjonujący sposób.

Co więcej? W pakiecie otrzymujemy sympatyczną ścieżkę dźwiękową, niejednokrotnie nawiązującą do wspomnianych już lat 80′, sporą dawkę całkiem niezłego humoru i – od czasu do czasu – sceny walki. W końcu to serial o karate.

Na koniec warto podkreślić, że Cobra Kai nie musi spodobać się tylko osobom znającym Karate Kid, choć ta druga grupa z pewnością znajdzie dla siebie sporo interesujących smaczków, których inni nie dostrzegą. Serial to kawał dobrej rozrywki, zawieszonej gdzieś pośrodku między “wartościową” a “odmóżdżającą”. Warto spędzić parę(naście) wieczorów w świecie treningów w dojo, szkolnych problemów i wielkich konfliktów starszych i młodszych karateków.

Autor: Tomasz Bil

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.